Autorka książki "Klachy z Koszutki. Od familoków do bloków": Koszutka jest pewnego rodzaju zieloną oazą w Katowicach [Ludzie w Katowicach]

Jakub Dyl
21.07.2023Twoje Katowice

"Klachy z Koszutki" to pełna sentymentu i humoru opowieść o małej ojczyźnie - skupiona wokół jednego podwórka na katowickiej Koszutce. Wydobyta z głębin pamięci narracja o pogmatwanych powojennych losach ludzi tworzących unikatową tkankę dzielnicy - o ich zwyczajach, warunkach życia, w znacznym stopniu także o ich języku. Narysowany z czułością portret miejsc, których próżno szukać na współczesnej mapie Katowic. Z jej autorką rozmawia Jakub Dyl.

barbara romer kukulska

„Klachy z Koszutki"

Jak żyło się na Koszutce w tamtych czasach? Skąd pochodzili zagraniczni mieszkańcy Koszutki? Kto - dzieci czy dorośli - dogadywali się ze sobą lepiej? Dlaczego słynny żur Kiermaszowej został zapamiętany do dziś? O tym rozmawiam z Barbarą Romer-Kukulską, autorką książki „Klachy z Koszutki - od familoków do bloków”. 

Jakub Dyl: „Klachy z Koszutki" to opowieść o Koszutce, jej historii i życiu mieszkańców na tym osiedlu kilkadziesiąt lat temu. Skąd wybór tej tematyki?

Barbara Romer-Kukulska: Trudno powiedzieć, że był to w 100% mój autorski pomysł. Miesięcznik Śląsk przypominał w 2021 roku o różnych jubileuszach. Po przeczytaniu kilku z tych artykułów i mnie przypomniała się moja prywatna rocznica, a mianowicie 70. rocznica zamieszkania na Koszutce z moimi rodzicami. Właśnie wtedy powstał zamiar do utrwalenia i opisania tych okoliczności, osób, zdarzeń i sytuacji, wśród których się wychowałam i dorastałam. Napisałam najpierw jeden odcinek, potem powstał drugi i właśnie to redaktor Naczelny Śląska wówczas namówił mnie, abym to kontynuowała. I tak zaczęłam pisać o początkach życia osiedlowego.

Myślę, że możemy zdradzić naszym czytelnikom, że to właśnie wspomnienia stanowią ważny element książki. Czy w trakcie pisania wróciły do Pani myśli o beztroskim dzieciństwie i młodości?

Tak, moje wspomnienia w dużym stopniu powróciły. Zaczęłam też kontaktować się z moimi koleżankami z podwórka i wszystkie razem wspominałyśmy te chwile. Wiadomo, że tych obrazów, chwil i sytuacji nie odtworzymy już tak dokładnie, ponieważ już nigdy w nich nie będziemy. Jesteśmy już dorośli, starsi i spojrzenie jest nieco inne. Ale one gdzieś tkwią, zarejestrowane w naszej podświadomości, głęboko w pamięci. W okresie dorosłości odnosimy się później do tych chwil z dzieciństwa i etapu dorastania, czy chcemy czy nie. Dlatego wydaje mi się, że najważniejszym etapem w życiu człowieka jest właśnie dzieciństwo i okres dorastania. To też wyciągnięcie z głębi pamięci tamtych chwili jest bardzo ważne. Myślę, że udało mi się to odtworzyć w książce, tak jak to było.

Jak zapamiętała Pani proces kształtowania i dojrzewania na Koszutce? Jakiego rodzaju wspomnienia i doświadczenia kojarzą się pani z Koszutką z tamtego okresu?

Oczywiście są to wspomnienia na ogół dobre, bo te złe zacierają się, a przynajmniej ma to miejsce w moim usposobieniu. Tak u mnie jest, że tych smutnych czy złych chwil nie odświeżam w swojej pamięci, i to już od dziecka. Zaś te przyjemne, wesołe, zabawne mocno wbiły się w moją pamięć i utrwaliły na tyle, żeby do nich wracać. Doświadczenia z podwórka miały duży wpływ na mnie, bo dużo się wówczas nauczyłam. Uważam, że to była fantastyczna szkoła życia czy nawet powiedziałabym szkoła przetrwania w dużej grupie dzieci. Często trzeba było się jakoś tam odnaleźć i walczyć o swój byt (śmiech), o swój kawałek trotuaru do skakania.

Dzieci, choć stanowiły liczną grupę, nie były rzecz jasna jedynymi mieszkańcami dawnej Koszutki. Kim byli dawni ludzie zamieszkujący tę dzielnicę?

Tak, na Koszutce zamieszkała bardzo duża zbiorowość ludzi z całej Polski. Mieszkali też i Autochtoni (rdzenni mieszkańcy danego obszaru - przyp. red.) i ludzie z wysiedlonych familoków. Mieszkali tutaj ludzie różnych zawodów i różnych grup społecznych. Do dziś jest dla mnie zagadką, jak wówczas wszyscy się razem dobrze rozumieli i sobie wzajemnie potrafili pomagać. Fascynująca jest także koegzystencja takiego tygla kulturowego, bardzo różnorodnego. My dzieci w ogóle nie zważaliśmy na to, kto jest kim, kim są rodzice. To w ogóle nie było żadnym problemem.

W „Klachach z Koszutki” praktycznie żaden z mieszkańców Koszutki nie jest wymieniony z imienia i nazwiska. Mimo tego jest jeden wyjątek - pani Jadwiga Kiermaszowa. Kim jest ‘’Kiermaszka’’ i czemu zawdzięcza swoją popularność, szacunek i uznanie wśród ówczesnych, ale także i części wciąż mieszkających tam osób?

To prawda, wolałam zachować anonimowość mieszkańców, by skupić uwagę czytelników na zachowaniu bohaterów historii. Imiona w tym wypadku nie są istotne, choć osoby mieszkające tutaj dawniej i znające bliżej daną historię mogą się domyślić o kim piszę. Jeśli chodzi o ‘’Kiermaszkę’’, to pani Jadwiga Kiermaszowa mieszkała na naszym podwórku i miała piątkę dzieci - czterech synów i córkę. Wszyscy znaliśmy się bardzo dobrze i te kontakty zawsze się jakoś utrzymywały. Natomiast pani Kiermaszowa, nazywana Kiermaszką, zasłynęła z tego, że sprzedawała żur. Nie był to byle jaki żur, ale wyrób, o którym naprawdę pół Koszutki do dziś pamięta. Był tak dobry, że często nie donosiłam do domu pełnego słoika, tylko po drodze wypijało się połowę, no i trzeba było ze skarbonki wyciągnąć te 50 groszy i pójść drugi raz dopełnić. Żur Kiermaszki był sławny i doskonały, a pani Kiermaszowa, witała zawsze na progu ciepłym słowem i uśmiechem. To osoba wesoła i pozytywna, pogodna w swoim usposobieniu. Pani Jadwiga mimo, że ma już 102 lata, pozostała taka do dziś; nawet tydzień temu zadzwoniła do mnie po przeczytaniu książki i porozmawiałyśmy dłuższą chwilę.

Koszutka w latach, które opisuje Pani w swojej książce, była zdecydowanie wielokulturową i zróżnicowaną etnicznie dzielnicą. Jak wówczas funkcjonowały ze sobą tak różne od siebie grupy społeczne i kulturowe?

Kulturowy przekrój był dość duży. Z podwórka widziałam trzy familoki, w których to też mieszkała ludność etnicznie całkowicie związana z tym regionem, z tą dzielnicą. Warto przy okazji przypomnieć, że wówczas Koszutka nie była dzielnicą mieszkaniową Katowic. Był to region rolniczy, ponieważ za ówczesną Hutą Marta i Kopalnią Katowice były puste pola i przestrzeń kompletnie nieużywana przemysłowo. Stało kilka familoków, gdzie mieszkała właśnie autochtoniczna ludność. Żyli tu ludzie różnych zawodów. Natomiast do powstających bloków zaczęła się wprowadzać ludność z całej Polski. Nieco później przyjechali Hiszpanie i Grecy, i wszyscy zaczęli się spotykać w… przedszkolu. Przemieszaliśmy się wówczas na różnych zajęciach, później w szkole podstawowej, a nawet na kursach języka. Trzeba było jakoś się razem porozumieć, a później także dobrze rozumieć, i myślę, że chyba wszystkim się to udało. Bardzo lubiliśmy tych zagranicznych gości, a oni się szybko zasymilowali.

Jak Pani sądzi, kto wobec istniejących wtedy różnic językowych i kulturowych dogadywał się lepiej ze sobą - dzieci czy dorośli?

Osoby dorosłe mają zawsze pewne filtry językowe. Autochtoni mówili po Śląsku, Hiszpanie po hiszpańsku itd. Bariera językowa jest dla dorosłych sporym wyzwaniem, natomiast dzieci błyskawicznie tę barierę pokonują. I to zarówno hiszpańskie, jak i śląskie przejmowały język polski bez większych problemów, i dlatego komunikacja była między nami bardzo szybka. Połączyły nas wspólne zabawy, wspólne gry, no i niedola szkolna (śmiech).

Historia Koszutki naznaczona jest sporą przemianą, która dokonywała się na przestrzeni wielu lat. To tytułowe przejście od familoków do bloków. Jakie efekty dla samej dzielnicy, ale też i dla jej mieszkańców przyniosła ta transformacja?

To była dość ważna transformacja, dlatego, że ci ludzie zostali wysiedleni z familoków. Byli bardzo przywiązani do mieszkania tam, bo mieli swoje komórki, chlewiki, gołębniki, swoje małe warsztaty, ale musieli je opuścić. Niektórzy z nich nawet zamieszkali na Koszutce, inni na Bederowcu, później na Tysiącleciu. Koszutka bez tych familoków nabrała takiej nowoczesności, stała się jakby całkowicie nowa. Moi rodzice, którzy nie pochodzili ze Śląska, nazywali te domy „starymi domami”, część sąsiadów także. Niektórzy dopiero podczas wyburzania dowiedzieli się, że te stare domy nazywają się familokiem. I tak właśnie weszła nowoczesność na Koszutkę - wraz ze zniknięciem familoków.

Jak często obecnie, po upływie wielu lat, bywa Pani na Koszutce? W jakim stopniu obraz dzisiejszej dzielnicy Katowic różni się od tego opisywanego w książce i zapamiętanego przez Panią z okresu dzieciństwa?

Ja bywałam na Koszutce bardzo długo, nawet kiedy już się stamtąd wyprowadziłam, moja mama nadal tam mieszkała. Obecnie bywam na Koszutce bardzo często, co najmniej trzy razy wiosną i trzy razy jesienią. Mam tam swoją ulubioną fryzjerkę i mnóstwo koleżanek. Kiedy tylko przejdę parę kroków, natychmiast spotykam kogoś znajomego i zawsze jest o czym poklachać i pójść na kawę ''na róg'' w tak zwanych pawilonach. Obecnie Koszutka to jeden, spory park. Masa zieleni czyni ją, w mojej opinii, pewnego rodzaju zieloną oazą w Katowicach. I dlatego też lubię do niej wracać, bo jest naprawdę piękna. Wówczas tak nie było. W czasach mojego dzieciństwa panowało dużo większe zaniedbanie, a dużo rzeczy wymagałoby poprawy. Dopiero w ciągu ostatnich 30 lat Koszutka rzeczywiście zmieniła się w oświetloną, bez ciemnych zaułków dzielnicą, pełną świeżego powietrza i zieleni.

W jaki sposób zachęciłaby Pani przyszłych czytelników do lektury książki? Jakie unikalne historie możemy poznać czytając "Klachy z Koszutki"?

Dowiecie się Państwo, jakie rady dostał zdradzony mąż, jak obchodzono się z niewierną żoną i jak jej wybaczano oraz jak zatrzymać męża w domu. Można się także dowiedzieć, jak uszyto ze spadochronu śliczną, komunijną sukienkę, a także, co ciekawego na mojej komunii miała do powiedzenia śpiewaczka operowa z opery bytomskiej. Nawiasem mówiąc, to właśnie jej zawdzięczam motywację do pisania, mimo że było to dość dawno. W książce jest dużo różnych krótkich wątków i dużo ciekawostek. Staram się pisać krótko i konkretnie nie rozwlekać, nie lać tak zwanej wody. Nauczyłam się tego od mojego męża. Nie komentować, nie sugerować, nie wydawać opinii, nie osądzać. Uważam, że słowa mają swoją wagę i każde słowo powinno zawierać dużo treści. Dlatego moja książka jest nieobszerna, ale za to - mam nadzieję - bardzo treściwa.

Dziękuję za rozmowę.

Barbara Romer-Kukulska: Dziękuję.

Barbara Romer-Kukulska urodziła się w Bielsku-Białej, w rodzinie o ziemiańskich korzeniach. Ukończyła Wydział Prawa i Administracji na Uniwersytecie Śląskim. Od 1981 roku mieszka w Szwajcarii. Publikowała m.in. w „Kobiecie i Życiu”, „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, miesięczniku „Śląsk”. Opracowała Dziennik 1939-1948 Zofii z Drohojowskich Romerowej (Bielsko-Biała 2017).

Zobacz także

Poszetka - mała wielka firma z Katowic. Ten stylowy adres znajdziemy przy ulicy Morcinka na Koszutce [Zdjęcia + wideo]
Poszetka - mała wielka firma z Katowic. Ten stylowy adres znajdziemy przy ulicy Morcinka na Koszutce [Zdjęcia + wideo]
w Katowicach

Poszetka - mała wielka firma z Katowic. Ten stylowy adres znajdziemy przy ulicy Morcinka na Koszutce [Zdjęcia + wideo]

O 12-letnim Tomku mówi cała Polska. Chłopiec szydełkuje i spełnia marzenia
O 12-letnim Tomku mówi cała Polska. Chłopiec szydełkuje i spełnia marzenia
w Katowicach

O 12-letnim Tomku mówi cała Polska. Chłopiec szydełkuje i spełnia marzenia

Magda przeprowadziła się do Katowic i postawiła na kwiaty! Magiczna kwiaciarnia "W KORCU MAKU" [Galeria zdjęć]
Magda przeprowadziła się do Katowic i postawiła na kwiaty! Magiczna kwiaciarnia "W KORCU MAKU" [Galeria zdjęć]
Twoje Katowice w Katowicach

Magda przeprowadziła się do Katowic i postawiła na kwiaty! Magiczna kwiaciarnia "W KORCU MAKU" [Galeria zdjęć]

Miejska Biblioteka Publiczna w Katowicach na listopad. Rozmowy o górach, wernisaże i spotkania autorskie
Miejska Biblioteka Publiczna w Katowicach na listopad. Rozmowy o górach, wernisaże i spotkania autorskie
w Katowicach

Miejska Biblioteka Publiczna w Katowicach na listopad. Rozmowy o górach, wernisaże i spotkania autorskie

Jadwiga Kiermaszowa z Katowic ma już 102 lata! Na Koszutce prawie wszyscy znają jej żur [Zdjęcia+wideo]
Jadwiga Kiermaszowa z Katowic ma już 102 lata! Na Koszutce prawie wszyscy znają jej żur [Zdjęcia+wideo]
w Katowicach

Jadwiga Kiermaszowa z Katowic ma już 102 lata! Na Koszutce prawie wszyscy znają jej żur [Zdjęcia+wideo]

Skwer przy ulicy Ordona na Koszutce wypięknieje. W planach nowe drzewa, krzewy i ławki
Skwer przy ulicy Ordona na Koszutce wypięknieje. W planach nowe drzewa, krzewy i ławki
w Katowicach

Skwer przy ulicy Ordona na Koszutce wypięknieje. W planach nowe drzewa, krzewy i ławki

Bogusław i Marcin, konserwatorzy KZGM w Katowicach, zrobili budkę na książki. Stanęła na Załężu!
Bogusław i Marcin, konserwatorzy KZGM w Katowicach, zrobili budkę na książki. Stanęła na Załężu!
w Katowicach

Bogusław i Marcin, konserwatorzy KZGM w Katowicach, zrobili budkę na książki. Stanęła na Załężu!

Katarzyna Pytkowska: "Głównym celem Fundacji DOGIQ jest szkolenie i nieodpłatne przekazywanie psów asystujących osobom z niepełnosprawnością" [Wywiad]
Katarzyna Pytkowska: "Głównym celem Fundacji DOGIQ jest szkolenie i nieodpłatne przekazywanie psów asystujących osobom z niepełnosprawnością" [Wywiad]
w Katowicach

Katarzyna Pytkowska: "Głównym celem Fundacji DOGIQ jest szkolenie i nieodpłatne przekazywanie psów asystujących osobom z niepełnosprawnością" [Wywiad]

„Mama tak płakała, że dziwię się, że nie oszalała wtedy". 97-letnia pani Maria z DPS "Przystań" w Katowicach została bohaterką książki [Wywiad]
„Mama tak płakała, że dziwię się, że nie oszalała wtedy". 97-letnia pani Maria z DPS "Przystań" w Katowicach została bohaterką książki [Wywiad]
w Katowicach

„Mama tak płakała, że dziwię się, że nie oszalała wtedy". 97-letnia pani Maria z DPS "Przystań" w Katowicach została bohaterką książki [Wywiad]

do góry